sobota, 23 listopada 2013

"Ötzi - klątwa człowieka lodu. 7 tajemniczych śmierci wokół mumii sprzed 5300 lat. Śledztwo" Guy Benhamou, Johana Sabroux

Jest to jedna z tych książek, po które sama bym nie sięgnęła. A już z całą pewnością nigdy bym jej nie kupiła. Pojawiła się u mnie na półce zupełnie przypadkiem - w stosie pożyczonym od znajomej. Odleżała tam swoje, aż w końcu pomyślałam czemu nie? Potrzebowałam czegoś do czytania w autobusie, a skoro Ötzi był na wyciągnięcie ręki...

Historia zawsze mnie interesowała - chociaż nigdy z niej dobra nie byłam i prawdopodobnie nie będę. Opowieść o Ötzim - bezcennej mumii starszej niż egipskie piramidy, wydawała się więc być ciekawą odmianą w moich literackich doświadczeniach... Okazało się jednak być inaczej.

sobota, 9 listopada 2013

"Wywiad z wampirem" Anne Rice

Co to jest umierać, kiedy możesz żyć aż do końca świata?

Wyobraź sobie, że jesteś dziennikarzem, który, być może, staje właśnie przed swoją życiową szansą. Możesz przeprowadzić wywiad ze stworzeniem, co do którego istnienia, świat ma nieustanne wątpliwości. Stajesz przed możliwością przeprowadzenia wywiadu z wampirem. Masz niepowtarzalną okazję usłyszenia historii jego życia...

Będąc jednocześnie wiecznie młody i odwiecznie stary, nie żywię teraz żadnych złudzeń, żyjąc z chwili na chwilę, podobny do srebrnego zegara tykającego na próżno: pomalowany cyferblat, delikatnie rzeźbione wskazówki pokazują czas, choć nikt na nie nie patrzy, podświetlone światłem, które nie pochodzi od Boga; tykając, tykając, z precyzją, w pokoju wielkim jak wszechświat cały.

wtorek, 5 listopada 2013

"Jak zostałem premierem. Rozmowy pełne Moralnego Niepokoju" Mariusz Cieślik, Robert Górski

Jak się okazuje, szeroko pojęta literatura biograficzna ma w sobie to coś. Nigdy bym się tego po sobie nie spodziewała, ale to jest jeden z moich gatunków.

Jako artystę kabaretowego napędza mnie na scenie poczucie potęgi i pewności siebie, której brakuje mi prywatnie. Widok kilkusetosobowej, a czasami kilkutysięcznej publiczności, która kładzie się ze śmiechu, jak łan zboża, a ty jesteś tego sprawcą, jest niezwykły.

wtorek, 22 października 2013

"Tylko jedno spojrzenie" Harlan Coben

Dziecino, nawet twoje najlepsze wspomnienia z czasem zblakną jak atrament.

Grace Lawson, jest szczęśliwą matką i żoną. Jej ustabilizowane życie wydaje się być bajką. Jednak, jak powszechnie wiadomo, wszystko co dobre szybko się kończy. Grace podczas wizyty w photomacie odbiera zdjęcia swojej rodziny, pośród których znajduje jedno, którego nie powinno tam być. To jedno zdjęcie, diametralnie zmienia jej życie, rozpoczyna serię przykrych zdarzeń, które prowadzą Grace z powrotem do tragicznych zdarzeń jej młodości...

Wychował się w społeczeństwie gloryfikującym władzę mężczyzn i uległość kobiet, ale zawsze uważał to za pobożne życzenia. Kobiety są twardsze. Mniej przewidywalne. Lepiej znoszą ból (...). A kiedy trzeba chronić najbliższych, potrafią być o wiele bardziej bezwzględne. Mężczyźni mogą poświęcić życie, kierowani męską brawurą, głupotą lub nieuzasadnioną pewnością siebie. Kobiety potrafią je poświęcić, nie łudząc się.

To dopiero moje drugie spotkanie z Cobenem i ciągle pragnę więcej i więcej. Dawno nie wciągnęła mnie książka, tak jak zrobiło to Tylko jedno spojrzenie. Nie chcę uogólniać, bo koniec końców mam jeszcze niewielkie doświadczenie w tym temacie, ale wydaje mi się, że sięgając po Cobena, sięgamy po pewnik. Możemy mieć pewność, że nas nie zawiedzie.

Może kiedy wszystko zostało już powiedziane i przesądzone, chcę się łudzić, że jestem człowiekiem.

Historia intryguje już od pierwszej strony. Jak za sprawą jednego głupiego zdjęcia, może się tyle stać? Co tak naprawdę się za nim kryje? Może lepszym pytaniem jest - kto, tak naprawdę się za nim kryje?

Książkę czyta się bardzo szybko, wręcz pochłania, coraz mocniej pożądając prawdy. Intryga, zbudowana przez autora, jest niesamowicie wielowarstwowa i niebanalna. Zastanawiam się, jak on to robi, że w jego głowie rodzą się takie pomysły. Oczywiście - już na wstępie - można sobie podarować szukanie rozwiązania na własną rękę, jednak umysł i tak będzie kombinował i kombinował, ale czy odnajdzie rozwiązanie? Pokusiłabym się o stwierdzenie, że to niemożliwe.
Oprócz tego, że szybko, utwór czyta się bardzo przyjemnie. Nie musimy co chwilę przerzucać kartek i sprawdzać kto to był ten, albo tamten... Cała akcja toczy się w bardzo naturalny sposób i wszystkie potrzebne nam informacje wprowadzane są tak, że bardzo łatwo rozeznać się w obecnej sytuacji.

Co do bohaterów jestem pod ogromnym wrażeniem kreacji Jacka Lawsona, mimo że tak naprawdę nie mamy okazji, podczas lektury, obcować z nim bezpośrednio. Jednak moją sympatię wzbudziła również Charlaine Swain, bo bardzo podobał mi się jej sposób myślenia i analizowania sytuacji w jakich się znajdowała.
Grace, główna bohaterka, prezentuje się również w bardzo dobry sposób, jednak tutaj wygrywa po prostu moje zamiłowanie do doceniania bohaterów kolejnych planów. Grace jest, jak dla mnie, może po prostu trochę zbyt idealna. Może trochę. A może po prostu jej zazdroszczę.

Nigdy nie wiemy wszystkiego o tych, których kochamy. I może, jeśli dobrze się nad tym zastanowić, nie wiemy wszystkiego nawet o nas samych.

No i w końcu najważniejsze: zakończenie. Albo raczej Zakończenie. Kompletny majstersztyk. Zwaliło mnie z nóg. Sprawiło, że po zamknięciu książki siedziałam dobrą chwilę ze wzrokiem utkwionym w dal i myślałam.

Właśnie o to chodzi wszystkim medytującym artystom - starają się nudzić tak strasznie, żeby natchnienie samo musiało przyjść, choćby mechanizm obronny przed utratą zmysłów. 

399 STRON
2,3cm GRUBOŚCI

poniedziałek, 21 października 2013

"Sprzedawca broni" Hugh Laurie

Jak tylko usłyszałam o powstaniu Sprzedawcy... zechciałam go przeczytać. Do książki przyciągnęło mnie, oczywiście, nazwisko autora - jak zapewne zdecydowaną większość czytelników. Hugh zaimponował mi swoimi umiejętnościami aktorskimi, ale również czytając różnego rodzaju publikacje z nim związane (m.in. wywiady) miałam wrażenie, że jest niesamowicie interesującą postacią. O jego książce przypomniałam sobie całkiem niedawno i - właściwie przypadkiem - zakupiłam jeden egzemplarz.
Szybko zaczęłam czytać, przygotowana przez wszelkiego rodzaju recenzje, na ciekawie spędzony czas. Tymczasem, odnoszę wrażenie, że jestem jedynym człowiekiem na świcie, który nie zapałał miłością do tej propozycji.

Ból to coś, co sam sobie zadajesz. Inni ludzie coś ci robią - biją cię, dźgają nożem albo próbują złamać ci rękę - ale jeżeli odczuwasz przy tym ból, to już twoja wina. Dlatego (...) człowiek jest zawsze w stanie powstrzymać ból. 

Sprzedawca broni opowiada o Thomasie, który przypadkowo znajduje się w centrum światowego... przekrętu, konfliktu? Hm.. Chyba raczej po prostu nagle zrywa ze świata część takiej niewidzialnej i cienkiej otoczki sprawiającej wrażenie, że wszystko jest w porządku i odkrywa, jak wielki bałagan się pod nią kryje. A wszystko zaczyna się od otrzymania zlecenia na zabójstwo, które Thomas odrzuca, próbując dodatkowo ostrzec domniemaną ofiarę.

Bardzo podobała mi się postać głównego bohatera oraz język jakim operuje autor. To zdecydowanie największe plusy tej książki, bez których nie warto byłoby zwracać na nią uwagę. Sprzedawca... jest przesycony wyśmienitym poczuciem humoru. Nie raz i nie dwa czytając książkę zaczynałam się śmiać. Thomas Lang, z kolei, wykreowany został na człowieka, który potrafi odnaleźć się niemal w każdej sytuacji, a jego inteligencja momentami powalała mnie na kolana. Również to trzeba przyznać tej książce: niektóre sceny są prawdziwym arcydziełem.

I wszystko byłoby idealnie gdyby nie ten ogólny sens. Jak myślę o Sprzedawcy fragmentarycznie to uznaje go za bardzo dobrą pozycję. Jednak, gdy zaczynam się nad nim zastanawiać w zarysie ogólnej fabuły... Jakoś ciężko składa mi się to wszystko w całość. Niby jest ok, ale... Zostaje jakiś taki niedosyt. I to zakończenie, które kompletnie było nie takie, jakie bym tutaj widziała. Może tak miało być. Może taki był cel, jednak jak dla mnie, akurat w tym przypadku, sensowniejsze byłoby to przeidealizowane, cukierkowe, które staram się zawsze omijać.

Tak więc, podsumowując, jest to dobra książka. Warto po nią sięgnąć, aby przyjrzeć się sposobowi kreowania zdań, emocji, opisywania danych sytuacji... Jednak pod względem całościowym, trochę się rozczarowałam.

Zakończenie wypowiedzi słowami i kropka nie czyni jej niepodważalną.

414 STRON
2,6cm GRUBOŚCI

____
Tak długo mnie tutaj nie było... Szczerze mówiąc nawet nie wiem dlaczego. Mam mnóstwo recenzji do napisania - bo to nie tak znowu, że nic przez ten czas nie czytałam - tylko jakaś blokada pisarska mnie dopadła. Jednak czytając Sprzedawcę zatęskniłam za dzieleniem się swoimi opiniami z innymi (chociaż z tą akurat pewnie niewiele z was się zgodzi, no ale przecież nie o to w tym chodzi (: ). 

Mam nadzieję, że uda mi się przynajmniej do końca roku udzielać się tutaj bardziej regularnie i nadrobić zaległości.
Podziwiam wszystkich wytrwałych bloggerów i pozdrawiam ;)

wtorek, 13 sierpnia 2013

"Zimny jak lód" Anne Stuart

Zapewne nigdy bym nie sięgnęła po tą pozycję, gdyby nie stosik dostarczony mi przez dobrą znajomą, ale nawet zaczynając czytać nie wiedziałam do końca w co się pakuję...

Każda śmierć, nawet najbardziej usprawiedliwiona i zasłużona, odciskała trwały ślad na psychice. Śmierć człowieka niewinnego była rzeczą nieporównywalnie gorszą do zniesienia.

Zimny jak lód opowiada o Genevieve Spenser, przeciętnej pracownicy znanej kancelarii prawniczej, która (najprościej w świecie) znalazła się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Miało to być ostatnie drobne zadanie przed wyjazdem na wymarzony urlop, jednak zamieniło się w sytuację zagrożenia życia. Szybko okazuje się, że na jachcie, akurat tego dnia, zorganizowana grupa walcząca ze złem tego świata zaplanowała akcję pozbycia się niebezpiecznego milionera Harrego Van Dorna.
Bardzo szybko Genevieve staje się przeszkodą w realizacji zadania; przeszkodą, której niezwłocznie trzeba się pozbyć.
Peter Jensen - tajny agent kierujący akcją - musi zdecydować czy ważniejsze jest dla niego życie prawniczki, czy powodzenie akcji...

Szczerze mówiąc nie wiem czy mogę wam zdradzić ten mały sekret... ale wiecie... Bo Peter oczywiście jest niesamowicie pociągającym i powalająco przystojnym brunetem o niebieskich oczach zimnych jak lód... Myślę, że możecie sobie wyobrazić dalszy ciąg.

Serce to najbardziej niebezpieczny doradca, jakiego można sobie wyobrazić.

Dawno... Bardzo dawno... Naprawdę bardzo dawno nie czytałam żadnego romansu i nie miałam zamiaru czytać. Być może właśnie dlatego zmniejszyła się moja czujność, a zwiększyła naiwność, bo nie spodziewałam się tego tutaj - podczas, gdy moja siostra rozgryzła to od razu: co czytasz?... aa to jakiś romans? 

Nigdy nie rzucaj się na faceta, zwłaszcza na niebezpiecznego.

Mimo że moja faza na romanse, przeminęła kilka ładnych lat temu i nie przepadam aktualnie za tym gatunkiem to muszę przyznać, że były takie momenty w Zimnym jak lód, że całkiem dobrze się bawiłam i miło spędzałam czas przy lekturze. Szkoda tylko, że tych chwil było tak mało.

Główna bohaterka niezwykle irytowała mnie swoją głupotą. Niektórych jej zachowań nie potrafię pojąć do dziś...
Oczywiście plusem jest postać Petera, który czaruje i zniewala swoim wyglądem, zachowaniem, bezpośredniością... I sami możecie sprawdzić, czym jeszcze, jeśli was to ciekawi.

Nie bał się pistoletu ani noża, nie bał się niepewności, jaką niosło ze sobą jego pełne ryzyka życie. Bał się związku, bliskości, od których nie będzie już ucieczki.

Książka Anne Stuart jest bardzo przeciętna. Zakończenie oczywiście nie jest niczym zaskakującym i cała fabuła idealnie dopasowuje się do znanego nam wszystkim klucza.
Moim zdaniem może to być dobra pozycja po przeczytaniu cięższej, bardziej wymagającej lektury, żeby zregenerować szare komórki, jednak, jak dla mnie, męcząca swoją przewidywalnością.

Zadawanie i znoszenie bólu to jedna z najbardziej tajemniczych rzeczy w życiu.

Było to moje pierwsze spotkanie z romansem w kryminale i... podejrzewam, że ostatnie. Chociaż któż to wie, co kryje się jeszcze w zapożyczonym stosiku? ^^

352 STRON
2,1cm GRUBOŚCI

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

"Ania z Avonlea" Lucy Maud Montgomery

Wszyscy popełniamy błędy. Powinniśmy ich żałować i uczyć się na nich, lecz nie wlec ich za sobą w przyszłość...

Tak też postanowiłam zrobić i nie zwlekać z lekturą Ani z Avonlea tak jak z Anią z Zielonego Wzgórza.

Ilekroć oczekuje się czegoś przyjemnego, spotyka się mniejsze lub większe rozczarowanie... Oczekiwania zawsze zawodzą.

Ale nie tym razem. Kolejna część Ani... jest kontynuacją klasy, jakiej autorka dała nam posmakować w pierwszym tomie. Ania wkracza w dorosłe życie i musi stawić czoła czekającym na nią wyzwaniom. Mimo że w książce spotykamy się ze znacznie bardziej rozważną i opanowaną Anią i nie brak jej świeżości, szaleństwa oraz ciekawych przygód większą sympatią pałałam chyba jednak do Ani z początku historii. Dobrze jednak wiem, że gdyby i w tym tomie miała ona zachować wszystkie swoje cechy książka wiele by straciła i pewnie - paradoksalnie - nie podobałaby mi się tak bardzo. Cóż, każdy z nas dorastając zmienia się i Ania nie jest wyjątkiem.

Na tym świecie trzeba spodziewać się dobra, być przygotowanym na zło, a przyjmować, co Pan Bóg da.

W Ani z Avonlea bardzo spodobały mi się nowe postacie, a szczególnie sąsiad - Pan Harris. Mimo że początkowo wydawał się budzić raczej negatywne uczucia okazuje się tak sympatycznym i wyjątkowym bohaterem, że nie sposób go nie lubić.
Troszeczkę irytowały mnie bliźniaki, jednak i do nich koniec końców udało mi się zapałać sympatią.

"Niski cel, nie zaś niepowodzenie jest przestępstwem". Musimy dążyć do ideału, choćbyśmy nigdy nie mieli go dosięgnąć. Życie bez ideału byłoby marną wegetacją, z nim zaś jest piękne i wyniosłe.

Tak, więc jeśli Ania zyskała waszą symapatię z czystym sercem polecam wam kolejną część (chociaż jestem pewna, że wiele z was ma już cały cykl za sobą...), gdyż w przypadku Ani... nie jest on nudną, wymuszoną kontynuacją, ale udanym rozwinięciem, które dorównuje pierwszemu tomowi.

Może mimo wszystko miłość nie zawsze zjawia się w życiu jak wspaniały rycerz poprzedzony fanfarami, otoczony przepychem?... Może zbliża się bezgłośnie i skromnie jak stary przyjaciel? Może ma pozory prozy, dopóki jakaś fala blasków, prześwietlająca nagle jej karty, nie wydobędzie z nich na jaw ukrytych rymów i melodii?... Może... może miłość wykwita po prostu z serdecznej przyjaźni jak złocista róża z zielonego pąka?...



320 STRON
2,3cm GRUBOŚCI


___
Witajcie, po dość długiej nieobecności! Wakacje rządzą się swoimi prawami i chociaż nadrabiałam czytanie, nie miałam dostępu do Internetu i, tym samym, do bloga, przez co mam ogromne zaległości, które jednak mam nadzieję szybko nadrobić.
Pozdrawiam i mam nadzieję, że wasze wakacje są co najmniej tak samo udane jak moje ;)

środa, 17 lipca 2013

"Ania z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montgomery

Siedziała tam, czekając na kogoś lub coś, a ponieważ siedzenie i czekanie były w tej chwili jej jedynym zajęciem, siedziała i czekała ze wszystkich sił.

Oj naczekała się na mnie ta Ania Shirley... Jestem chyba jedyną osobą na świecie, która musiała dorosnąć do Ani...

Zastanawiam się, czy istnieją jeszcze ludzie, którzy nie znają Ani. Nie chodzi mi tu o takich, którzy nie czytali, ale o takich, którzy nawet nie słyszeli. Wątpię w ich istnienie. No, ale co do kultowości Ani z Zielonego Wzgórza chyba nikogo uświadamiać nie muszę.

Zawsze omijałam tę lekturę (chcąc nie chcąc również szkolną). Nie miałam najmniejszej ochoty na spędzenie choćby chwili w świecie rudej, przeraźliwie gadatliwiej dziewczynki, która przecież mogła mi tylko grać na nerwach. Wolałam sobie tego oszczędzić i nawet, gdy dostałam w prezencie Anię... musiała odleżeć swoje lata na półce. Wczoraj - w przypływie dziwnego natchnienia sięgnęłam po książkę, a ta bardzo szybko mnie wprost oczarowała.

Jest we mnie dużo różnych Ani. Czasem myślę, że to właśnie dlatego jest ze mną tyle kłopotów. Gdybym była tylko jedną Anią, byłoby znacznie wygodniej, ale wtedy nie byłoby ani trochę tak ciekawie. 

Gadatliwa Ania - ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, - bardzo szybko zyskała sobie moją sympatię. Sposób wypowiadania się dziewczynki, łatwość wyrażania uczuć... Muszę przyznać, że są w niej takie cechy - takie Anie,- które chętnie bym od niej pożyczyła.

Szczerze mówiąc nie mam pojęcia co napisać o tym utworze. Nie dostrzegam w nim praktycznie żadnych wad. Same zalety? Co ja mówię? Naprawdę? Czy to w ogóle możliwe?...
Hm... Ania... nie jest dla mnie jakimś szczególnym arcydziełem, jednak oceniając ją w kategoriach miłej, lekkiej lektury - z nutą humoru, nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia.

Płacimy bowiem cenę za wszystko, co dostajemy lub bierzemy na tym świecie i chociaż warto mieć ambicje, nie są one tanie. Zawsze egzekwują swą należność pracy i samozaparcia, niepokoju i zniechęcenia.

Paradoksalnie czytając Anię... często jednak miałam wrażenie, że wychodzi ona poza zwykłą opowieść dziecięcą/młodzieżową. Napotykałam na wiele zdań, które skłaniały mnie do refleksji, które coś mi uświadamiały. Dlatego też Ania... już teraz - kilka godzin po zakończeniu lektury - jest mi bardzo bliska i, gdybym miała taką możliwość, od razu sięgnęłabym po kolejny tom.

Jestem zupełnie szczęśliwa... pomimo moich rudych włosów. Teraz właśnie jestem wyższa ponad rude włosy.

____
A, jako że wakacje w pełni (i ja, gdy to czytacie, wyleguję się na - mam nadzieję słonecznej - plaży) życzę wam, abyście mogli sobie pozwolić na takie wakacyjne motto:

Czuje się zmęczona wszystkim, co rozsądne i tego lata całkowicie dam się ponieść wyobraźni.



245 STRON
1,1cm GRUBOŚCI

sobota, 13 lipca 2013

"Książę Mgły" Carlos Ruiz Zafon

Kryzys czytelniczy dopada czasami każdego z nas... Ale czy może być na niego lepsze lekarstwo niż lektura powieści Zafona? Jako, że od niedawna jestem posiadaczką trzech pierwszych utworów tego autora, postanowiłam się wreszcie o tym przekonać...

Pewne obrazy z dzieciństwa zostają w albumie pamięci wyryte niczym fotografie, niczym sceneria, do której człowiek zawsze wraca pamięcią, choćby upłynęło nie wiadomo jak wiele czasu.

Już na wstępie (z noty/listu od autora) dowiaduję się, że pierwsze tytuły Zafona zostały przyporządkowana do literatury młodzieżowej. Lekko zszokowała mnie ta informacja. C. R. Zafon, który słowem potrafi malować obrazy, tworzący dla nastolatków? Było to dla mnie niepojęte...
Jednak teraz, po lekturze Księcia Mgły, rozumiem.

Ale błędem, poważnym błędem, jest wiara w to, że można ziścić swoje marzenia, nie dając nic w zamian. Nie wydaje ci się? Powiedzmy, że nie byłoby to sprawiedliwe.

Książę Mgły jest pierwszą powieścią autora i doskonałym przykładem na to, że nikt z nas nie rodzi się ideałem. Nad swoimi umiejętnościami trzeba pracować, a praktyka czyni mistrza.
Gdybym czytała tę książkę nie znając autora nigdy nie domyśliłabym się, że jest nim właśnie Zafon.
W jego późniejszych powieściach bardzo wyraźnie odczuwalny jest klimat. Wystarczy przeczytać kilka zdań, aby przenieść się do tajemniczej Barcelony i w niej utonąć. Bardzo mi tego brakowało w Księciu Mgły.
Autor podąża przetartymi szlakami, opisując miejsca, zjawiska... w sposób bardzo przeciętny, a opisy te, dodatkowo, często się powtarzają.
Sama fabuła książki nie jest niczym zaskakującym. Już od pierwszych stron dobrze wiadomo, co się wydarzy dalej. Autor opowiada nam o przygodzie trójki nastoletnich bohaterów, którzy znajdują się w miejscu napiętnowanym obecnością tajemniczego maga Kaina/Księcia Mgły. Na przestrzeni kilku dni rozgrywa się akcja pełna niebezpieczeństw i magii...

Nienawidzę krytykować czegoś, czego sama nie potrafię zrobić lepiej, jednak ta książka w moich oczach maluje się bardzo przeciętnie i żeby udzielić wam mojej subiektywnej oceny nie mam innego wyjścia.

Tylko tyle. I aż tyle.

Mimo braku rewelacji, mimo że wiele rzeczy mnie irytowało w tej powieści (jak choćby fakt, że autor notorycznie nazywał wszystkich dorosłych bohaterów z imienia i nazwiska, a dwoje z nich nazywało się tak samo), ma ona również swoje dobre strony.
Najmocniejszą z nich jest zakończenie. Całe szczęście historia nie skończyła się tak, jak się tego obawiałam. Nie zmienia to faktu, że zbyt wielkich zaskoczeń nie było, jednak tę część powieści uważam za naprawdę udaną.
Podobała mi się również postać nastoletniej Alicji i niektóre sceny - o których jednak pisać nie będę żeby uniknąć spoilerów.

Każdy z nas musi nauczyć się podążać samotnie tą drogą do końca, prosząc Boga, by nie pozwolił mu z niej zboczyć. Gdybyśmy byli zdolni zrozumieć tę prostą prawdę już na początku życia, nie musielibyśmy przeżywać wielu niedoli i nieszczęść tego świata. Ale, i jest to jeden z największych paradoksów, dostępujemy tej łaski dopiero wtedy, gdy jest już za późno.

Podsumowując polecam Księcia Mgły wszystkim w wieku ...-15, ale nie tylko. Jeśli szukacie czegoś, przy czym moglibyście odpocząć po intensywniejszej lekturze, czegoś, co pozwoli wam zażegnać kryzys czytelniczy lub krótkiej powieści na podróż (bo przecież są wakacje...), to ta chwila spędzona nieopodal wraku statku Orfeusz nie będzie chwilą straconą.

Podczas ulewnych deszczy zawsze miał wrażenie, że czas staje w miejscu. Jakby następowało zawieszenie, swego rodzaju antrakt, podczas którego można było spokojnie odłożyć to, co się akurat robiło, by po prostu stanąć przy oknie i całymi godzinami patrzeć ze zdziwieniem na ten spektakl opadającej bez końca kurtyny łez.


222 STRON
0,9cm GRUBOŚCI

poniedziałek, 17 czerwca 2013

"Nie kończąca się historia" Michael Ende

Zdarzyło wam się kiedyś, że trafialiście, w rozmowie z przyjaciółmi, na jakieś zagadnienie z dzieciństwa, które było im powszechnie znane, a wy nie mieliście o nim zielonego pojęcia? Mi zdarza się to dosyć często i właśnie ostatnio w ten sposób trafiłam na Nie kończącą się historię. Jako, że mój umysl potrzebował trochę odpoczynku po poprzednich lekturach, postanowiłam nadrobić zaległości z dzieciństwa.

Można być przekonanym, że czegoś się pragnie - może latami - dopóki się nie wie, że pragnienie jest niemożliwe do spełnienia. Kiedy jednak człowiek staje przed możliwością, że marzenie nabierze kształtu, pragnie tylko jednego: żeby nigdy tego przedtem nie zapragnął.

[Ten cytat przypomina mi mój ulubiony cytat z Pamiętnika księżniczki: Człowiek musi bardzo uważać, kiedy sobie czegoś życzy, bo to życzenie może się spełnić.]
Po części tak też było ze mną i tą książką. Jestem przekonana, że gdyby trafiła ona do moich rąk... dziesięć lat temu, to byłabym zachwycona. Jednak aktualnie bardzo szybko zaczęła mnie męczyć i irytować.
Nie będę pisać o tym co mnie denerwowało i dlaczego, ponieważ to nie wina książki, ale nieodpowiedniego czasu, w jakim po nią sięgnęłam.

Mogę tylko patrzeć wstecz na to, co się już zdarzyło. Mogłem to przeczytać, kiedy to zapisywałem. I wiem o tym, ponieważ to czytałem. I zapisałem to, ponieważ się zdarzyło. Tak Nie Kończąca Się Historia pisze się moją ręką sama.

Podczas lektury jednak zaczęłam sie zastanawiać jak wyglądałaby moja Fantazjana, gdybym to stała na miejscu Bastiana. Jaki świat wykreowałaby moja wyobraźnia i czy udałoby mi się uniknąć błędów, jakie popełnił chłopiec...

Nic nie daje większej władzy nad ludźmi niż kłamstwo.

Świat Fantazjany jest piękny, magiczny, daje nieograniczone możliwości i pomaga stać się lepszym człowiekiem. Myślę, że, zgodnie ze słowami starca z księgarni - Jest mnóstwo wrót do Fantazjany (...). Jest dużo więcej takich zaczarowanych książek. Wielu ludzi wcale tego nie zauważa. Chodzi po prostu o to, kto taką książkę dostaję do ręki. - każda książka, po którą sięgamy jest wyjątkowa i to tylko od nas zależy jak ją przeżyjemy i co z niej wyniesiemy.

Ale to jest już inna historia i opowiemy ją innym razem.


442 STRON
3,6cm GRUBOŚCI

czwartek, 13 czerwca 2013

"Zycie Pi" Yann Martel

Wiem, czego pan chce. Chce pan opowieści, która nie będzie pana zaskakiwać. Która potwierdzi to, co pan już wie. Która nie zmusi pana do patrzenia wyżej, dalej czy inaczej.

Sięgając po tą książkę nie sądziłam, że przypadnie mi ona do gustu. Spodziewałam się kompletnie nudnej, nierealnej opowieści o chłopcu, który przeżył X dni na otwartych wodach w szalupie z tygrysem bengalskim. Sami widzicie jak to brzmi. Bzdury wyssane z palca...
No, ale pomyślałam sobie, że będę twarda, jakoś przez to przebrnę i zaśmieję się nad podziwem, jaki otacza tą publikację...

Jest prawdą, że ci, których spotykamy, mogą nas zmienić, i to czasami tak gruntownie, że nie jesteśmy już tymi samymi ludźmi, nawet z nazwiska.

Muszę wam powiedzieć, że ta książka jest absolutnie fantastyczna! Jednak nie pod względem fantastyki w niej zawartej, bo takiej tam nie ma. Wszystko to, co zostało opisane na kartach tego utworu zdarzyło się naprawdę. Nie wierzycie mi? Mam nadzieję. Mam nadzieję, że sami zechcecie się o tym przekonać.

Wybierając zwątpienie jako filozofię życia to tak, jak wybrać bezruch jako sposób przemieszczania się w przestrzeni.

Życie Pi zaczęło mnie zaskakiwać już na samym początku i nie przestało aż do końca. Nie spodziewałam się takiej obecności zoologii i religii w utworze i bardzo szybko zorientowałam się, że ta książka kompletnie nie odpowiada moim wyobrażeniom.
Jeszcze zanim Pi trafił do szalupy, zanim miał cokolwiek wspólnego z oceanem, informacje, historia zawarta w książce daje dużo do myślenia. Pozwala nam poznać inny pogląd na sprawy, które są częścią naszego życia, uświadamiają nam, że nie wszystko jest takie jak nam się wydaje. A my, mimo że często mamy blade pojęcie o niektórych sprawach, nie wahamy się stanowczo wypowiadać na ich temat.

Głównym polem bitwy o Dobro nie jest otwarta, publiczna arena, ale niewielka polanka w każdym ludzkim sercu.

Jednak Życie Pi to nie tylko lekkie opowieści o zwierzakach, wierze... ale, przede wszystkim, historia o walce człowieka z samym sobą. O zmaganiu się z przeciwnościami losu i nie poddawaniu się nawet, gdy wydaje się, że wygasła już ostatnia nadzieja. O życiu rozbitka, który znalazł się w sytuacji, z której nie ma dobrych i złych wyjść, w której każda decyzja jest trudniejsza niż poprzednia, w której może liczyć tylko i wyłącznie na siebie.

Niektórzy z nas poddają się od razu z westchnieniem rezygnacji. Inni jeszcze trochę walczą, ale szybko tracą nadzieję. Jeszcze inni - i ja do nich należę - nie poddają się nigdy. Tacy jak ja walczą, walczą, walczą do końca. Walczą, nie bacząc na koszty, na ponoszone straty, na znikome prawdopodobieństwo powodzenia. Walczą do samego końca.

Nieczęsto sie zdarza, ze cenie sobie jakąś książkę tak wysoko. Jeśli istniałaby na tym blogu jakaś skala punktowa, temu utworowi, z całą pewnością i przekonaniem przyznałabym bez wahania maksymalną liczbę punktów. Jednak, z drugiej strony, jest to książka, której nie potrafię jednoznacznie ocenić, bo jak można oceniać zapis cudzego życia?

- 1 chłopiec w kompletnym, jeśli nie liczyć zgubionego buta, lekkim ubraniu
- 1 hiena cętkowana
- 1 tygrys bengalski
- 1 szalupa
- 1 ocean
- 1 Bóg


341 STRON
1,8cm GRUBOŚCI

poniedziałek, 10 czerwca 2013

"Wyznania gejszy" Arthur Golden

Słysząc słowo gejsza jeszcze niedawno przed oczami miałam zaledwie widok Japonki ubranej w kimono; z białą twarzą, czerwonymi ustami i kokiem na głowie. Nic więcej nie wiedziałam o gejszach i nigdy szczególnie mnie to zagodnienie nie interesowało, jednak trafiłam na Wyznania gejszy i moje horyzonty znacznie się poszerzyły.

Rankiem, tuż po przebudzeniu gejsza jest normalną, zwykłą kobietą. Ma spoconą twarz i nieświeży oddech. Jeśli nawet śpi na drewnianym wałku i włosy ma upiętę w kunsztowną fryzurę, niczym nie różni się od innych ludzi. Na pewno nie jest gejszą. Zmienia się dopiero wówczas, gdy siada przed lustrem. I nie chodzi tylko o majkijaż. W tejże chwili zaczyna inaczej myśleć.

Książka przedstawia życie Sayuri, córki rybaka, która nie miała zostać gejszą. Jej wychowanie wyglądało zupełnie inaczej, w ubogiej rodzinie, w wiosce rybackiej. Jednak życie małej Chiyo radykalnie zmienia się przez śmiertelną chorobę matki. Trafia ona do jednego z okiya - domu gejsz - w Gion. Tutaj zaczyna się dramatyczna, pełna cierpień historia, w której jednak nie brakuje również dobroci. Dowiadujemy się jak wyglądała nauka Chiyo; jak z prostej wieśniaczki, stała się jedną z najbardziej znanych gejsz.

Czymże w końcu jest życie jak nie wiecznym sztormem, który zgarnia wszystko, co nam na chwilę dane, i zostawia na brzegu tylko nagie i poszarpane szczątki?

Powiem szczerze, że nie spodziewałam się, że ta książka przypadnie mi do gustu. Myślałam, że będzie to nudna, niekończąca się opowieść na temat, który mnie zupełnie nie intereuje. Bardzo szybko okazało się jednak, że książka mnie wciągnęła. Opowieść snuta jest w bardzo ciekawy i dość lekki sposób, tak, że już po kilku stronach odnajdujemy się w rzeczywistości Chiyo/Sayuri, a w dodatku, poza ciekawą historią dowiadujemy się bardzo dużo na temat życia gejsz, ich codzienności, marzeniach, cierpieiach. Jest więc to nie tylko ciekawy utwór do poczytania dla zabicia nudy, ale również (a może nawet przede wszystkim?), źródło cennej wiedzy, która lepiej pomoże nam funkcjonować w otaczającym nas świecie.

Zwątpienie to najprostsza droga do przegranej. Ludzie są równi - naprawdę równi - tylko wtedy, gdy każdy z nich mocno wierzy w siebie.

Wyznania gejszy polecam wszystkim, nawet tym niezainteresowanym tematem. Być może, tak jak w moim przypadku, zainteresuje was ta historia, a z całą pewnośią poszerzycie swoje horyzonty i docenicie wolność, jaką cechuje sie wasze życie.

Smutek to najdziwniejsze z uczuć; czyni nas bezradnymi. Jest jak okno ktwarte wbrew naszej woli - przy nim można wyłącznie dygotać z zimna. Z czasem jednak otwiera się rzadziej i rzadziej, aż wreszcie całkowicie stapia się z murem.

A wszystkim fanom kina polecam ekranizajcję. Nie dowiecie się z niej tyle ile z książki, jednak, moim zdaniem, jest to bardzo dobry film. Chociaż śmieszy mnie w nim fakt, że akcja dzieje się w Japonii, oni piszą po Japońsku, a mówią po angielsku. No, ale przecież w Amerykańskich filmach nawet UFO mówi po angielsku ;).


Marzenia są niebezpieczne: parzą niczym ogień i czasami potrafią spalić.


464 STRON
2,8cm GRUBOŚCI

wtorek, 28 maja 2013

"Gra anioła" Carlos Ruiz Zafon

Złowiecza, tajemicza, piękna, wyjątkowa, niebezpieczna... Barcelona! Jest to już trzecie moje spotkanie z tym miastem na kartach powieści Zafona. Miałam niedawno okazję zawitać w Barcelonie na kilka krótkich chwil, jednak gdy tak czytam - marzę o poznaniu Barcelony Zafona. O poznaniu tych wszystkich miejsc, które są codziennością bohaterów. O odnalezieniu kolejnych tajeminic tego miasta, znalezieniu w nim swojego miejsca...

To miejsce jest tajemnicą. I sanktuarium. Wszystkie książki, każdy tom, który tu widzisz, ma duszę. Duszę swojego autora, a także duszę tych, którzy go czytali i o nim marzyli. Za każdym razem, kiedy książka przechodzi z rąk do rąk, kiedy ktoś nowy zaczyna ją czytać, jej duch rośnie i staje się potężniejszy. Tutaj książki, o których nikt już nie pamięta, które zaginęły w mrokach minionych epok, żyją wiecznie, czekając na nowego czytelnika, swoją nową duszę...

Życie Davida Martina nie jest kolorowe. Haruje w jednej z barcelońskich gazet za marne grosze, mieszka w miejscu, którego nie da się określić domem. Za każdym razem, gdy los się do niego usmiecha, szybko okazuje się, że obecna sytuacja jest jeszcze gorsza od poprzedniej... Jednak, czy życie jakiegokolwiek pisarza jest proste? W poprzednim stuleciu z pewnością nie było...
David jednak zdaje się być szczęściarzem. Nawiązuje z nim kontakt tajemniczy, paryski wydawca, Andreas Corelli i wychodzi z propozycją kontraktu na książkę. Książkę, która, jak mówi Corelli, zupełnie odmieni jego życie i, dzięki której, kwestia pieniędzy przestanie być dla Davida koszmarem...

Im dalej w życie, tym więcej musimy odrzucić iluzji, marzeń i pragnień młodości, tym silniejsze w nas poczucie, że padliśmy ofiarą złego świata i innych ludzi.

Gra anioła jest niezwykle klimatyczną powieścią. Wystarczy przeczytać zaledwie kilka zdań, aby przenieść się do Barcelony i, z zapartym tchem, śledzić losy Davida. To jedna z tych książek, które czytasz do późnych godzin nocnych i, mimo że oczy same już Ci się zamykają, mówisz sobie jeszcze tylko jeden rodział... Jeszcze jeden... Ten już jest ostatni i idę spać... Niesamowicie wciągający utwór.
Poza doskonale przedstawionym miejscem akcji, w książce znajdziemy również wiele niesamowitych postaci, które urzekają swoją historią, postawą...

Obecny jest również, bardzo wyraźnie, wątek miłosny oraz fantastyczny.
Zaczynając od tego pierwszego: historia miłości opowiedziana na kartach Gry anioła nie jest jakąś tam tandetną opowiastką dla wrażliwych romantyków, wzdychających podczas cukierkowych uniesień bohaterów. Miłość Davida i Cristiny jest historią z krwi i kości. Nie jest niepotrzebnie przerysowana ani podkoloryzowana.
Przechodząc do wątków fantastycznych w utworze; mimo że ich obecność jest niepodważalna, powieść wydaje się być absolutnie realistyczna i prawdziwa. Wystarczyłoby dopisać inne zakończenie, a cała histora stałąby się prawdą. Jednak czy ktoś śmiałby ingerować w świat stworzny przez Zafona?

Nie da się żyć zbyt długo w realnym świecie. W każdym razie istota ludzka nie potrafi. Większą część życia spędzamy śniąc, przede wszystkim na jawie.

A jednak muszę się przyczepić i powiedzieć, że to zakończenie jakoś nie do końca mi leży. W gruncie rzeczy nie mam pojęcia dlaczego. Przecież wszystko się ładnie ze sobą składa... Jednak po zamknięciu książki odczuwałam jakiś taki niedosyt... A może to tylko dlatego, że to po prostu był koniec?

Poezję piszę się łzami, powieść krwią, a historię rozczarowaniem.



510 STRON
3cm GRUBOŚCI

wtorek, 21 maja 2013

"W głębi lasu" Harlan Coben

Matury wreszcie za mną i chociaż dla mnie to jeszcze nie koniec egzaminów (ciągle zostaje rysunek...), to wreszcię mogę z czystym sumieniem poświęcić się lekturze.

Nigdy nie byłam miłośniczką kryminałów. W gruncie rzeczy nie wiem dlaczego. Może po prostu przeczytałam ich za mało? W każdym bądź razie postanowiłam zacząć nadrabiać moje braki w tej dziedzinie.
W głębi lasu jest moim pierwszym spotkaniem z Cobenem. I mam nadzieję, że nie ostatnim.

To był dobry dzień, jeden z tych, które chowasz w pudełku na dnie szuflady i wyciągasz kiedy jest ci naprawdę smutno.

Książka nie powaliła mnie na kolana, jednak bardzo przyjemnie się ją czytało. Akcja toczy się tutaj od pierwszej do ostatniej strony przez co czytając nigdy się nie nudzimy. Również obecność kilku różnych wątków toczących się w tym samym czasie urozmaica i uzupełnia całą historię. Trudno się oderwać od tej książki (i mówię to jako umiarkowany miłośnik kryminałów).
Bardzo polubiłam głównego bohatera - Paula Copelanda. Jest on takim silnym charakterem, dokładnie określonym, który wie czego chce i wie jak to osiągnąć. To lubię! Bardzo duży plus za niego. Ale nie tylko za niego. Również postacie kolejnych planów przypadły mi do gustu. Zostały one bardzo dobrze zarysowane i da się ich wszystkich lubić.

Kochana, pierwsza zasada świata mody: słowa "buty" oraz "praktyczne" nigdy nie powinny sobie towarzyszyć.

Wszystko zaczęło się dwadzieścia lat wcześniej, na letnim obozie, gdzie czwórka nastolatków zaginęła w tajemniczych okolicznościach. Dwoje z nich znaleziono martwych w lesie, jednak pozostałej dwójki nigdy nie odnaleziono. Jedną z zaginionych była siostra Paula, do którego przeszłość niespodziewanie wraca. Nawe fakty zaczynają podważać jego wizję tego, co stało się tamtej nocy...
Jakby tego było mało, Paul jest prokuratorem, który aktualnie boryka się z trudną sprawą w sądzie i sam wychowuje swoją sześcioletnią córkę po śmierci żony...

Linia między życiem a śmiercią, między nadzwyczajną urodą a odpychającą brzydotą, między niewinną rozmową a rozlewem krwi, jest bardzo cienka. Wystarczy moment, żeby ją przekroczyć.

Nie jest to, tak do końca, historia, w której musimy wytypować winowajcę i błądząc, po dążeniu po tropach prowadzących do nikąd, odkrywamy kto tak naprawdę za tym stoi. W W głebi lasu większą zagadkę stanowi sama odpowiedź na pytanie co tak naprawdę stało się dwadzieścia lat temu w tym lesie, jak to się stało... Niemniej zakończenie - mimo że nie wywołuje zawału serca zaskoczeniem - jest bardzo udane i na tyle mocno przesiąknięte emocjami bohaterów, że czujemy całą historę na własnej skórze.

Nadzieja jest najokrutniejszą z kochanek i potrafi zmiażdżyć ci serce niczym styropianowy kubek.



430 STRON
3,2cm GRUBOŚCI

sobota, 6 kwietnia 2013

"Oko Jelenia. Droga do Nidaros" Andrzej Pilipiuk

Zaczyna się jak u Hitchcocka. W dodatku nie od trzęsienia, lecz od zagłady Ziemi. A potem... napięcie wciąż rośnie.

Występują:
- kosmiczni nomadzi, którzy rąbnęli 5 ton książek razem z opakowaniem, czyli gmachem biblioteki narodowej
- przypadkowi turyści ze swoich czasów wrzuceni na dno średniowiecznego slumsu. Muszą przeżyć i odnaleźć oko jelenia. A najpierw ustalić, co to, u diabła, jest!
- XVI - wieczni hanzeatyccy kupcy z duszą wojowników i explorerów.

Zapinamy pasy. Biuro podróży Pilipiuk Travel zaprasza na kolejną wyprawę w czasie i przestrzeni. W programie: survival na lądzie i morzu, akcja do utraty tchu.

Tak, przepisałam opis z tyłu okładki, ale tylko i wyłącznie dlatego, że niesamowicie pasuje do tego co znajdziecie w środku książki.
O tym, że Pilipiuk jest niesamowicie utalentowanym pisarzem wie każdy, kto sięgnął kiedykolwiek po jego książki. Również w tej pozycji, będącej pierwszym tomem pięcioczęściowej historii poszukiwania Oka Jelenia, dostrzeżemy w nim to, co najlepsze.
Za każdym razem, gdy sięgam po Pilipiuka jestem pod ogromnym wrażeniem jego wiedzy historycznej oraz jej wkomponowania w fabułę. Autor nie narzuca nam swojej mądrości porażając nas ilością naukowych faktów, ale sprawia, że historia staje się idealnym tłem dla przygotowanych postaci.

Problem nierozwiązany trzeba podzielić na mniejsze kawałki i rozpracować po fragmencie.

Bardzo polubiłam głównego bohatera - nauczyciela informatyki w warszawskim liceum, który postawiony w zupełnie nowej sytuacji mimo zagubienia potrafi wziąć się w garść.
Jednak tym, co mnie najbardziej w Pilipiuku kręci jest lekkie podejście do tematu i wiele humoru znajdującego się w jego utworach. Oko Jelenia nie jest żadnym odstępstwem od tego stylu, a wręcz perfekcyjnie go wykorzystuje.
Barwne postacie, oryginalna fabuła, humor - to wszystko sprawia, że książkę czyta się bardzo szybko i ma się ochotę na więcej i więcej. Tym bardziej, że na ostatnich stronach, można powiedzieć - historia się dopiero rozpoczyna...

Seks jest jak dłubanie w nosie, przyjemnie to robić samemu, ale patrzącemu z boku odbiera apetyt.


399 STRON
2cm GRUBOŚCI

czwartek, 21 marca 2013

"Czekolada" Joanne Harris

Zacznij uciekać, a będziesz uciekać zawsze. 

One uciekały - Vianne i Anouk, matka z córką. Same nie wiedząc przed czym, kierowane zmiennymi podmuchami wiatru. Zwiedzając świat, zatrzymują się w małym miasteczku, gdzie życie płynie powoli, wszystko jest szare i nijakie. Vianne szybko wzbudza zainteresowanie otwierając sklep ze słodkościami w samym centrum miasteczka. Zdobywa sympatię wielu mieszkańców, jednak nie wszyscy cieszą się z jej obecności...

Szczęście. Proste jak szklanka, jak czekolada, albo kręte jak ścieżki serca. Gorzkie. Słodkie. Żywe.

Czekolada jest powieścią, w której nie ma wartkiej akcji i tak naprawdę dość ciężko mi się ją czytało. Jednak zdecydowanym plusem powieści są jej bohaterowie. Są oni bardzo dobrze wykreowani i przedstawieni. Vianne jako kobieta silna, niezależna, pewna siebie... Moją ulubioną bohaterką jest jednak Armande. Stara Armande, która jest uważana za wariatkę. Kobieta o silnym charakterze. Uparta, budząca kontrowersje. Wzbudziła moją sympatię swoją odmiennością, niezłomnością. Bardzo dobrze uzupełnia ona akcję powieści. Odnoszę wrażenie, że bez niej cała powieść straciłaby sens...

W gruncie rzeczy nie wiem co powiedzieć na temat tej książki. Powieści w tym stylu nigdy nie trafiały zbytnio w moje gusta i ta książka tego nie zmieniła. Mimo niesamowitej postaci Armande, mimo Vianne i pogodnej Anouk...
Chciałabym jednak zachęcić was do obejrzenia ekranizacji. Nigdy nie przeczytałabym Czekolady gdyby nie film, który miałam okazję obejrzeć jakiś czas temu. Myślę, że jest to jedna z najlepszych ekranizacji jakie dotychczas oglądałam. Jest w niej zawarty klimat powieści i film sam w sobie jest bardzo ciekawą produkcją.



Z czekoladą jest jak z życiem - nie poczulibyśmy w pełni jego słodkiego smaku, gdyby nie odrobina goryczy, której czasami musimy doświadczyć.


310 STRON
1,5cm GRUBOŚCI

wtorek, 26 lutego 2013

"Szkoła strachu" Gitty Daneshvari

Kupiłam tą książkę dawno, dawno temu pod wpływem impulsu, wydając na nią ostatnie swoje oszczędności. Od tamtej pory stała sobie na półce zbierając kurz, a ja jakoś nie mogłam się za nią zabrać...

"Szkoła Strachu" to pierwszy tom cyklu dla tych, którzy przekonali się, co to strach i lęk, i tych, którzy nie chcą się już więcej bać.

Poznajcie Lulu - dwunastoletnią dziewczynkę z chorobliwą klaustrofobią, Madeleine - dwunastolatkę pogrążoną w oparach środków owadobójczych, dwunastoletniego Theo przerażonego wizją śmierci bliskich mu osób oraz Garrisona - trzynastolatka, któremu na myśl o wodzie robi się słabo. Cała czwórka trafia na letni obóz do Szkoły Strachu, która swoimi niekonwencjonalnymi metodami potrafi wyleczyć z każdej fobii. Niewiele osób o niej słyszało, gdyż istnienie szkoły objęte jest najściślejszą tajemnicą. Dzieci trafiają do instytucji pełne obaw - nie wiedzą bowiem co może je czekać...

Właściwie wykorzystana wyobraźnia może nas przygotować do wielu życiowych trudów.

Wiedziałam! WIEDZIAŁAM! - chciałam entuzjastycznie krzyczeć czytając zakończenie, jednak nie mogłam tego uczynić, gdyż myśl o takim przebiegu zdarzeń pojawiła się w mojej głowie raz i to dosłownie na kilka sekund. Muszę powiedzieć, że ta książka kompletnie mnie zaskoczyła! Oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa.
Szkoła Strachu posiada tak ogromną dawkę humoru, że nie sposób się od niej oderwać. Można by pomyśleć, że przytłaczające fobie bohaterów będą nużące i denerwujące, jednak autorka świetnie poradziła sobie z tematem. Błyskotliwe żarty oraz niepowtarzalne postacie, to coś czego wam w tej książce z pewnością nie zabraknie.

Widzę, że jesteś irytujący, i to przez duże "I", a może nawet dużą resztę lister. Nieważne już, sama zbyt się poirytowałam, żeby wyjaśnić, jaki jesteś irytujący...

Pierwszą postacią, którą polubiłam była Lulu. Klaustrofobiczna dziewczynka kupiła mnie swoją bezpośredniością, szczerością i wrednością. Następnie urzekł mnie Garrison, jednak gdy poznałam panią Wellington...
Pani Wellington jest nauczycielką w Szkole Strachu - gdzie mieszka wraz z Schmidty'm. Oboje są osobami w podeszłym wieku, nie są idealni, a wręcz nie brakuje im wad. Mimo wszystko te postacie absolutnie mnie oczarowały! Nie pamiętam kiedy ostatnio tak dobrze się bawiłam czytając książkę; nie potrafiąc powstrzymać śmiechu pochłaniałam kolejne przygody dzieciaków, poznawałam kolejne szalone pomysły pani Wellington. Uwielbiam tą staruszkę!

Jedyne zdobycze techniki, jakie toleruję w tym domu, to bieżąca woda i elektryczność, a to tylko dlatego, że w tej pierwszej piorę perukę, a przy użyciu tej drugiej ją suszę.

Zakończenie, o którym już wspominałam, jest zaskakujące, jednak pasuje w całości do utworu. Książkę czyta się bardzo szybko i jest idealnym sposobem na poprawę humoru w chłodne zimowe dni oraz oderwanie się od szarej rzeczywistości.

Podoba mi się sam wygląd telefonu - odrzekła dyrektorka. - Poza tym lubię raz na jakiś czas zadzwonić do siebie i sprawdzić, co u mnie, jak tam moje emocje.

234 STRON
2,5cm GRUBOŚCI

niedziela, 24 lutego 2013

"Opowieści grozy wuja Mortimera" Chris Priestley

Kolejna książka, która trafiła do mnie zupełnie przypadkiem. Pewnego dnia szukając tanich, ciekawych książek napatoczyłam się na nią i pomyślałam: czemu nie?

Droga do domu wuja Mortimera wiodła przez niewielki las. Ścieżka wiła się między drzewami niczym wąż kryjący się w gęstych zaroślach, a choć nie była długa, ta część wyprawy zawsze wydawała się trwać dłużej, niż mógłbym przypuszczać.

Opowieści grozy wuja Mortimera opowiadają o małym chłopcu, Edgarze, który podczas swoich ferii odwiedza wuja Mortimera słuchając jego niesamowitych historii. Mortimer jest starym człowiekiem zamieszkującym zaniedbaną, gotycką posiadłość. Salon - w którym gości Edgara - przepełniony jest przeróżnymi przedmiotami, które z pozoru nie są ani cenne, ani piękne, ani przydatne.
Razem z chłopcem poznajemy kilka mrocznych historii opowiadanych przez wuja.

- Czy żyje tu ktoś oprócz ciebie, wuju? - spytałem nieśmiało.
- Żyje? - powtórzył dziwnym tonem wuj. - Nie, Edgarze.

Zaczęłam czytać tą książkę sobotnim popołudniem i muszę przyznać, że wątpiłam w nią troszkę. Uznałam, że lepiej będzie zostawić ją na noc, kiedy cisza i ciemność mieszkania dostarczą klimatu... Zaczytując się po północy trafiłam na moją piętę achillesową - duchy. Nie mam jakiejś fobii na tym punkcie, jednak nie lubię tego tematu, a nie jest tajemnicą, że nie trudno jest mnie przestraszyć. I w tym momencie muszę przyznać, że kilka opowieści przyprawiło mnie o szybsze bicie serca.

Uważasz zatem, że istnieje granica wieku, powyżej której stajemy się odporni na lęk?

Mimo wszystko większość historii przypadła mi do gustu i niektóre nawet bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Po zakończeniu - przyznam szczerze - spodziewałam się trochę więcej, jednak nie jest złe chociaż przewidywalne (przynajmniej do pewnego stopnia).

Każdy przedmiot ma swoją historię. (...) Podobnie jak każdy człowiek.

Rozejrzałam się po lekturze po swoim pokoju i aż mi się smutno zrobiło, że żaden z przedmiotów w nim się znajdujących nie ma chociaż w połowie tak fascynującej historii jak przedmioty wuja Mortimera.

Obawiam się, że naprawdę musisz już iść, Edgarze (...). Po zapadnięciu zmroku nie spodoba ci się tu.

Podoba mi się ta książka i polecam ją wszystkim, którzy szukają czegoś lekkiego do poczytania na zimowy wieczór.

215 STRON
1,5cm GRUBOŚCI

sobota, 23 lutego 2013

"Diuna" Frank Herbert

Będąc niedawno w księgarni znalazłam tę książkę...
Jednak to nie ja ją wybrałam. To ona wybrała mnie.

Głęboko w ludzkiej podświadomości tkwi przemożna potrzeba logicznego, mającego sens wszechświata. Ale rzeczywisty wszechświat jest zawsze o krok poza logiką.

Diuna jest pierwszym z sześciu tomów Kronik Diuny.

Diuna
 jest doskonałą reprezentantką swojego gatunku. Fantastyką na naprawdę wysokim poziomie. Frank Herbert zaprasza nas do świata, który jest zupełnie inny od tego, który znamy; w którym życie wydawać się może czystą abstrakcją...

Arrakis (Diuna), jest pustynną planetą, na której najcenniejszą rzeczą jest woda. Na Arrakis nigdy nie pada deszcz. Brak tam znanej nam roślinności, a oczy jej mieszkańców nigdy nie ujrzały rzek. Życie tam wydaje się koszmarem. Ludzie poruszają się w specjalnie zaprojektowanych ubraniach odzyskujących wilgoć z ich ciał. Wodę pozyskuje się z każdego możliwego źródła. Diuna jest również jedynym we wszechświecie źródłem melanżu, czyli przyprawy o życiodajnych właściwościach.
Na planetę z Kaladanu (planety podobnej do Ziemi), przybywa ród Atrydów, który ma objąć nad nią władzę. Nowych mieszkańców Arrakis czeka jednak wiele problemów. Szybko okazuje się, że radykalna zmiana klimatu jest najmniejszym z nich. Wrogi ród Harkonnenów nie cieszy się z utraconej władzy i jest gotowy na wiele, aby ją odzyskać.

Nie wolno się bać, strach zabija duszę. Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie. Stawię mu czoło. Niech przejdzie po mnie i przeze mnie. A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę. Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic. Jestem tylko ja.

Świat i historia Diuny są tak niesamowite, że nie sposób ich przedstawić w kilku zdaniach. Czytając książkę początkowo musimy się wdrożyć, zmienić swój sposób postrzegania rzeczywistości, otworzyć swój umysł... Nie trwa to zbyt długo, a dokonując tego Arrakis z koszmaru staje się niesamowitym światem. Frank Herbert oprowadza nas po nim ukazując jego różne oblicza, a my - podziwiamy, początkowo z lękiem, później - z coraz większym podziwem.
Zaczarowała mnie ta książka. O samym świecie w niej przedstawionym mogłabym długo opowiadać... To jest z całą pewnością bardzo mocny fundament utworu, na którym autor osadził różnorodne postacie i fabułę.

Głównym bohaterem jest Paul, który przybywa na Arrakis jako syn księcia Leto mającego objąć władzę nad planetą. Paul podczas akcji utworu przeradza się z chłopca w mężczyznę z krwi i kości. Jest to bardzo określona postać, która ma w sobie wiele uroku, którą tak naprawdę lubi się od początku do końca.
Mimo silnego Paula postaciami, które po prostu pokochałam są: książę Leto - jako mądry władca, ale i czuły mężczyzna - oraz Gourney Halleck, który oczarował mnie swoimi cytatami zawsze odpowiednimi do sytuacji (Któregoś dnia przyłapię tego człowieka na braku cytatu i będzie wyglądał jak bez gaci - książę o Gourneyu).

Fabuła utworu jest pełna akcji i z pewnością nie będziecie się nudzić czytając tę książkę.
Bardzo spodobał mi sie styl jakim książka jest napisana. Mimo wielu nowych słów (w których tłumaczeniu przyjdzie nam z pomocą słowniczek) książkę łatwo i szybko się czyta. Urzekł mnie charakterystyczny sposób zmiany punktu widzenia z jednego bohatera na innego. Dzięki temu możemy się poczuć jak byśmy zaglądali po kolei do umysłu każdego z nich i mimo że zmiany te są częste, zachodzą tak płynnie, że jest to czymś zupełnie naturalnym.

Powinna istnieć szkoła goryczy. Ludziom potrzeba ciężkiego życia i ucisku, żeby nabrali tężyzny psychicznej.

Polecam bardzo gorąco tą książkę - szczególnie wielbicielom fantastyki. Jest ona zupełnie niepowtarzalna i niesamowita, a w Arrakis chciałoby się zostać i żyć razem z Paulem... Klimat jaki panuje w tej książce jest czymś niezwykłym. Pierwszy raz, czytając, cieszyłam się, że nie jestem mistrzynią szybkiego czytania, tylko powoli słowo po słowie pochłaniam kolejne strony, bo u Herberta czułam się jak we własnym imaginarium. Z przyjemnością sięgnę po kolejne tomy cyklu żeby tam wrócić.

Opisz swe oczy, A ja opiszę serce twe. Opisz swe stopy, A ja opiszę dłonie twe. Opisz swe wieczory, A ja ci opiszę ranki twe. Opisz swe pragnienia, A ja ci powiem, czego chcesz.

671 STRON
4,8cm GRUBOŚCI

sobota, 16 lutego 2013

"W stronę architektury" Le Corbusier

Trzeba oczyścić nasze umysły z romantycznych pajęczyn. 
Trzeba przeczytać Le Corbusiera.
Trzeba zastanowić się nad jego dziełem.
Trzeba spojrzeć W stronę architektury.


Całkiem niedawno ukazało się polskie wydanie książki Le Corbusiera. Zaledwie osiemdziesiąt dziewięć lat po ukazaniu się oryginału; w sto dwudziestą piątą rocznicę urodzin autora możemy wreszcie poznać dzieło, którym od tylu lat zachwyca się cały świat.

Od razu muszę powiedzieć, że znienawidziłam polskie wydanie... Żeby było jasne - nie mam nic do przekładu (tym bardziej, że kompletnie nie znam francuskiego; podziwiam wszystkich, którzy się podjęli przekładu, gdyż z pewnością nie było to łatwe zadanie), oprawa graficzna całkiem mi się podoba (mimo faktu, że okładka nie ma szans utrzymać się na swoim miejscu zbyt długo), jednak...
Gdy otwieracie książkę, otwieracie ją po to, żeby przeczytać jej zawartość. Natomiast tutaj tekst Corbusiera poprzedza krótka nota edytorska (której się tam mogliśmy spodziewać) oraz Oczy Le Corbusiera, które ciągną się w nieskończoność i de facto książka zaczyna się na stronie CZTERDZIESTEJ PIERWSZEJ. Wkurza mnie to strasznie tym bardziej, że Oczy... pełnią tam funkcję... Właściwie to jaką? Drogi wydawco, co miałeś na celu umieszczając przed książką, którą publikujesz, tekst będący jej nie tylko genezą (to można by zrozumieć), ale również STRESZCZENIEM, w dodatku pełnym subiektywnych ocen?
Nie byłam w stanie przebrnąć przez ten tekst pełen CYTATÓW z książki, którą chciałam przeczytać, więc wróciłam do niego po lekturze. Jednak nadal wydaje mi się, że lepiej by było, gdyby tego tam nie było i (gdyby nie to, że nie jestem w stanie skrzywdzić książki) z chęcią pozbyłabym się tego własnymi rękoma.

Przechodząc wreszcie do treści książki...
Le Corbusier stworzył coś co może posłużyć się każdemu. Niezależnie od tego, czy jesteś architektem, interesujesz się architekturą, czy jesteś zwykłym człowiekiem nie przykładającym do niej zbyt wielkiej uwagi. Dla każdego znajdzie się tam odpowiednie przesłanie. Oczywiście jest ono absolutnie subiektywne i należy również pamiętać, że czasy, w których powstała książka bardzo różniły się od współczesnych, jednak jest to ciekawe spojrzenie na architekturę, które zainspirowało (a może nawet odmieniło życie) już wielu.
Dzięki Corbusierowi wzrosło moje zainteresowanie architekturą starożytnej Grecji. Wyobrażam sobie, że kiedyś tam pojadę, zobaczę to, co podziwiał Le Corbusier (i nie tylko on) i z jego książką w dłoni poczuję to piękno absolutne o którym pisze.

Mimo wszystko istnieje ARCHITEKTURA. Wspaniała, najpiękniejsza rzecz. Wytwór szczęśliwych narodów - to, co narody uszczęśliwia.
Szczęśliwe miasta posiadają architekturę. (...)
Jak dobrze byłoby jej w naszych domach! (...) Jak dobrze byłoby architekturze na ulicach i w całym mieście!

Autor porusza głównie problem mieszkań. Książka pełna jest marzeń o domach seryjnych oraz domu jako maszyny do mieszkania. Corbusier nawołuje do architektury użytecznej, funkcjonalnej. Bez niepotrzebnych ozdobników. "Style" to kłamstwo. Początkowo nie mogłam tego zrozumieć. Jak to? Mamy zapomnieć o wszystkich przez wieki wypracowanych rozwiązaniach? Czy te rozwiązania są błędne?! Muszę przyznać, że był to dla mnie lekki szok, ale czytając dalej pojęłam myśl architekta. Marzenie o wykorzystywaniu prostych brył, o funkcjonalności nade wszystko, pięknie prostoty, pięknie wytworu umysłu.
Początkowo czułam się rozczarowana książką. Nastawiałam się na coś wielkiego. Biblia nowoczesnej architektury...!- czytałam na portalach... Dopiero po przeczytaniu do końca zrozumiałam, że to jest coś wielkiego.
Prawdę mówiąc możemy wyrażać na temat tej książki wiele różnych opinii w zależności od własnych upodobań, jednak ma ona coś, czego nikt jej już nie odbierze: to, że wpisała się ona już dawno w historię architektury, przyczyniła do jej rozwoju, JEST jedną z najważniejszych pozycji architektonicznych, a Corbusier nie zostanie dzięki niej nigdy zapomniany.


Jeszcze mała rada na koniec dla tych, którzy jeszcze nie czytali, a zamierzają: proszę, zacznijcie od tyłu. Od listu Le Corbusiera do Charles'a L'Eplatteniera (żałuję, że znajduje się on na końcu, gdyż czytając go wcześniej pewnie łatwiej wdrożyłabym się w świat Corbusiera), a wywód pani Leśniakowskiej (Oczy Le Corbusiera) zostawcie sobie na deser.

317 STRON
1,6cm GRUBOŚCI

wtorek, 29 stycznia 2013

"Dzienniki gwiazdowe" Stanisław Lem


Gdyśmy wracali do stolika, zatrzymałem w przejściu mojego znajomego i spytałem go na ucho o sepulki. (...)
- Na miłość Drumy, panie Tichy - przecież pan jest sam!
- No to co z tego - wypaliłem już nieco poirytowany - czy dlatego nie mogę zobaczyć sepulki?
Słowa te padły w powstałą naglę ciszę. Żona znajomego spadła zemdlona na podłogę, on rzucił się ku niej (...) w tym momencie pojawiło się trzech kelnerów, którzy wzięli mnie za kark i wyrzucili na ulicę.


Och sepulki... To właśnie od nich wszystko się zaczęło.

Kilka ładnych lat temu omawialiśmy fragment Dzienników gwiazdowych na lekcji polskiego w gimnazjum. Tak się akurat złożyło, że była to podróż czternasta - z której to właśnie pochodzi powyższy cytat. Zafascynowała mnie sprawa sepulek. Mimo chęci przeczytania książki szybko o niej zapomniałam. Przypomniało mi się o niej niespełna miesiąc temu, gdy zobaczyłam Dzienniki... w jakimś rankingu czytelniczym. Tajemnica sepulek wróciła do mnie z podwójną mocą. Tym razem sięgnęłam po Lema.

- Pan jest ssakiem, prawda?
- Tak.
- A więc pomyślnego ssania!


Muszę się przyznać, że strasznie wymęczyłam tą książkę. Czytałam ją prawie trzy tygodnie... Męczyłam i męczyłam, a ta książka wcale na to nie zasługuje! Owszem momentami czyta się ją ciężko z uwagi na trudne słownictwo (pod tym względem szczególnie dała mi się we znaki podróż jedenasta) czy też inne czynniki. Całościowo jednak Dzienniki... są świetną książką! Można w niej znaleźć niesamowite wizje świata kosmicznego. Różnorodność opisanych planet i ich mieszkańców jest ogromna, także każdy znajdzie coś dla siebie. Mnie jednak przede wszystkich urzekła duża dawka humoru, który można znaleźć na każdym kroku oraz wspaniałomyślność innych kultur kosmicznych (bo jak ich inaczej nazwać?), która nie raz i nie dwa unaocznia nam, że nie raz to do czego dążymy wcale nie jest takie dobre, że świat jest inny niż nam się wydaje.
To co mnie zaskoczyło w tym zbiorze opowiadań jest fakt, że niemal każde z nich (mimo akcji toczącej się w przestworzach kosmosu odległych od naszej planety o lata świetlne) opowiada tak na prawdę o ludziach. Może i nie powinno mnie to dziwić, jednak nie spodziewałam się tego. Dzienniki... są moim pierwszym spotkaniem z Lemem więc może to dlatego, ale nie wiedząc czego mam się spodziewać spodziewałam się raczej luźnych historyjek kosmicznych zamiast prawd życiowych. Niemniej jednak było to bardzo pozytywne zaskoczenie.
Najchętniej opisałabym każdą z podróży Ijona Tichego z osobna, gdyż każda jest na tyle inna, że nie sposób ogarnąć je wszystkie razem i podsumować kilkoma zdaniami. Każda podróż jest historią, przygodą, każda jest odrębną całością.
Cóż to za robot piękny i młody,
I cóż to za robotniczka,
Ona mu z dzbana daje pentody,
On jej - wtyczki z koszyczka.

Muszę powiedzieć, że gubię się we wszystkich wydaniach tego dzieła. W jednych są te podróże, w innych inne... Ja mam przed sobą (już 35 letnie!) wydanie Wydawnictwa Literackiego Kraków, które zawiera większość podróży Ijona i jego wspomnień. Jestem zadowolona z tej lektury i myślę, że z przyjemnością sięgnę jeszcze do pozostałych przygód Tichego i wam też to polecam.

Jak to jednak miło pomyśleć, że tylko człowiek może być draniem.


520 STRON
2,6cm GRUBOŚCI

środa, 23 stycznia 2013

"Zdążyć przed Panem Bogiem" Hanna Krall

I już wiem, że nie będzie to łatwa recenzja...
Jak zapewne wszyscy szanujący się licealiści wiedzą Zdążyć przed Panem Bogiem jest lekturą szkolną. Jednak nie przeczytałam tej książki z tego powodu. Nie sięgnęłam po nią dlatego, że polonistka postraszyła kartkówką ze znajomości. Też nie dlatego, że zachęciły mnie recenzje innych. W gruncie rzeczy nie wiem do końca dlaczego ta książka znalazła się w moich rękach...
Być może coś co usłyszałam na lekcji przekonało mnie do niej. Być może temat, który - w moim mniemaniu - powinien zgłębić każdy...
Niezależnie czy humanista - czy ścisłowiec. Chłopak - czy dziewczyna. Wielbiciel fantastyki - wielbiciel romansów... Tą historię trzeba poznać. I tyle. Od tego nie ma wymówek.
Żadnych.

Nigdy nie potrafiłam wypowiadać się na temat literatury wojennej/obozowej. Czy ktokolwiek w ogóle może oceniać tą książkę? To jakby oceniać fragment naszej historii, jakby oceniać tragedię ludzkości... Nie potrafię powiedzieć podoba mi się ta książka, bo to jakby mówić że podoba Ci się mord na ludzkości. Jak można mówić fajna?! Jak można...? Nie można! Jakich słów zatem użyć do jej przedstawienia, gdy tak wiele nie pasuje...
Opowieść Historia Marka Edelmana daleka jest od pustych statystyk, którym ciężko jest przemówić do ludzkiego serca, wyobraźni. Historia przedstawiona jest w utworze w bardzo dotkliwy sposób. Ukazuje wydarzenia subiektywnie z perspektywy powstańca. Przybliża dramaty i losy konkretnych ludzi. Poznając ich dostrzegamy jak wielką tragedię mogą wyrządzić ludzie sobie nawzajem...
Muszę się przyznać, że nie jestem wrażliwą ani zbyt uczuciową osobą i strasznie ciężko jest mi wyobrazić sobie tą tragedię. Ciężko mi o tym myśleć, gdyż czuje jakby od tematu oddzielał mnie solidny betonowy mur, przez który mimo chęci nie potrafię się przedostać. Zdążyć przed Panem Bogiem na pewno tego muru nie zniszczyło, jednak przyczyniło się do jego zniwelowania jak żadna inna z dotychczas przeczytanych przeze mnie pozycji na ten temat. Ze wstydem muszę przyznać, że zobaczenie na własne oczy Auschwitz nie wywołało na mnie takiego wrażenia jak ta książka. Nie potrafię stwierdzić co jest w niej takiego, ale - jeśli o mnie chodzi - trafia w samo sedno. I za to jestem jej ogromnie wdzięczna.

... właściwie nic nie mogło się zdarzyć. Nic większego niż śmierć, zawsze chodziło przecież o śmierć, nigdy o życie. Być może tam wcale nie było dramatu. Dramat jest wtedy, kiedy możesz podjąć jakąś decyzję, kiedy coś zależy od ciebie, a tam wszystko było z góry przesądzone.

Tej książki nie da się w żaden sposób opowiedzieć. Nie podlega ona żadnym kryteriom oceny. Tą pozycję trzeba po prostu przeczytać. Nie jako lekturę szkolną. Nie z obowiązku. Nie. Trzeba ją przeczytać jako lekturę obowiązkową. Z potrzeby serca...

Pan Bóg już chce zgasić świeczkę, a ja muszę szybko osłonić płomień, wykorzystując jego chwilową nieuwagę. Niech się pali choć trochę dłużej, niż on by sobie życzył.

138 STRON, KTÓRE ZOSTANĄ W WAS NA ZAWSZE 0,8cm GRUBOŚCI

wtorek, 15 stycznia 2013

"Zaginiony symbol" Dan Brown

Tyle razy mijałam ten tom widząc go na półce, tak dawno umieściłam ten tytuł na liście książek do przeczytania... W końcu postanowiłam wziąć się w garść i przeczytać.
Zaginiony symbol był ogromnie wyczekiwaną książką, światowej sławy autora, którego zna i kocha połowa ludzkości. Nie miałam jeszcze okazji lektury poprzednich utworów Browna, mimo iż zawsze mnie interesowały, jednak po przeczytaniu tego śmiem wątpić czy jeszcze wrócę do tego autora.

Nie wiem, czy to z powodu ciągłego odkładania lektury na później czy, z powodu kilku nieprzychylnych opinii jakie słyszałam na temat tego utworu, nie byłam zbyt pozytywnie do niego nastawiona.
Męczyłam tą książkę i męczyłam... Najpierw było nudno, potem zrobiło się ciekawie, nawet w kilku momentach dałam się wciągnąć i z zapartym tchem śledziłam dalsze losy bohaterów. Nie trwało to jednak zbyt długo. Denerwowały mnie powtarzające się w kółko te same wyrażenia i fakty. A samo zakończenie... Miałam ochotę zamknąć tą książkę raz na zawsze. Ostatnie dziesięć rozdziałów to, moim zdaniem, najgorsza część tej książki. Akcja się skończyła a książka ciągnęła się w nieskończoność... Byłam szczęśliwa, gdy wreszcie przeczytałam ostatnią stronę i mogłam zamknąć książkę.
Jak już wspomniałam nie czytałam poprzednich przygód Langdona, jednak widziałam ich ekranizację. Wiem, że zapewne nie umywają się one do wersji papierowej, ale mimo wszystko byłam zmęczona powtarzalnością wątków. Inne miasto, inny artysta... ale w gruncie rzeczy wszystko jest tak samo.
Znajomość tematu i rozległa wiedza autora to coś czego absolutnie nie można Brownowi ujmować, jednak jeśli chodzi o fabułę powieści nie przypadła mi do gustu. Bardzo przewidywalna i średnio porywająca.
Cóż, książki o takiej tematyce chyba po prostu nie są w moim guście... Być może gdybym nie widziała poprzednich ekranizacji lektura ta byłaby przyjemniejsza, jednak w tym wypadku oceniam ją tak a nie inaczej.

623 STRON
5cm GRUBOŚCI

sobota, 5 stycznia 2013

"Tak sobie myślę..." Jerzy Stuhr

Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek z własnej nieprzymuszonej woli sięgnę po książkę taką jak ta. Zapewne ominęłabym szerokim łukiem lub w ogóle nie zwróciła uwagi na tą publikację, jednak tak się złożyło, że kilka miesięcy wcześniej wpadł mi do rąk wywiad. Swoją drogą opublikowany w miesięczniku dla pań,  którego nie darzę sympatią. Wywiad z Jerzym Stuhrem. Genialny. Chyba najlepszy z dotychczas przeze mnie przeczytanych.
Zawsze miałam w sobie pewien podziw dla pana Jerzego Stuhra. Kojarzyłam jego postać z kilkoma rolami, jednak nie zwracałam na niego szczególnej uwagi.
Wywiad bardzo mnie zainteresował i zadziwił swoją prawdziwością. Sama postać znanego polskiego aktora nagle stała się dla mnie bardzo ciekawa...
I w ten oto sposób w moich rękach znalazła się książka o tytule Tak sobie myślę...

Tak sobie myślę... jest dziennikiem Jerzego Stuhra z okresu zmagania się z chorobą nowotworową. Książka porusza wiele ważnych tematów, jednak mimo jej poważnego charakteru można znaleźć w niej wiele humoru i pozytywnej energii. Wszystko to sprawia, że książkę tę czyta się niezwykle łatwo, wręcz się ją pochłania.
Choroba jest głównym tematem utworu, jednak jest ona niczym znak wodny na kartce papieru - kryje się w tle, wiemy, że tam jest, dostrzegamy ją, jednak nie przytłacza nas ona swoim jestestwem. W dziennikach dowiadujemy się o głównych motywacjach autora do walki, o tym co daje mu siłę, poznajemy jego rzeczywistość i dowiadujemy się, że cierpienie i strach jakie doświadczamy w swoim życiu mają pozytywne skutki, uczą nas często więcej niż chwile radości.
W samym utworze bardzo spodobała mi się wszechobecność kultury. Po lekturze Tak sobie myślę... postać pana Jerzego jest dla mnie wręcz fascynująca. Doskonałe obycie w świecie literatury i filmu, którego oczywiście można się spodziewać po światowej sławy aktorze, obudziło moje ambicje i sprawiło, że chciałabym być tak wszechstronnym i kulturalnym człowiekiem jak pan Stuhr. Już czytając książkę obudziły się we mnie wszelkie zasady kulturalne i jestem pełna podziwu dla wielu postaw prezentowanych przez autora.
W książce obecny jest nie tylko teatr i zagadnienia, które są postrzegane przez nas jako zawód, praca autora. Po lekturze nie jestem w stanie tak tego określić, gdyż na każdej stronie mocno obecny jest fakt, iż aktorstwo jest dla pana Stuhra czymś znacznie więcej niż sposobem zarabiania pieniędzy. Wręcz fakt ten nie ma zupełnie znaczenia przy bezmiarze jego pasji.
Występuje tutaj wiele refleksji na temat rzeczywistości w Polsce i na świecie. Często podejmowany jest temat polityki - choć raczej jako zło koniecznie niż z zainteresowania.

Zastanawiam się co mogłabym jeszcze dodać na temat tego dzieła... W moim odczuciu jest to znakomita książka, która nie tylko opisuje rzeczywistość, ale przede wszystkim daje nadzieje, pozytywnie nastraja do życia i pomaga cieszyć się każdą chwilą jaką mamy. Warto uświadomić sobie, że nic nie trwa wiecznie, ale również w trudnych przeżyciach kryje się piękno istnienia.
Zachęcam wszystkich do przeczytania i zastanowienia się choć przez chwilę nad tematami poruszonymi przez pana Jerzego Stuhra. Nawet jeśli nie przepadacie za tego typu publikacjami - poświęćcie choć kilka minut na lekturę. Być może tak jak w moim przypadku ta książka okaże się być dla was wspaniałą lekturą i czytelniczą przygodą.

"...nie można z pychą mówić: mam szczęście! Nic mi nie będzie! Ej... A może do wczoraj je miałeś? A już dzisiaj go nie masz? Skąd to wiesz? I za każdy dzień tego szczęścia trzeba podziękować. Bo życie to jest takie pole minowe. Przeszedłeś kawałek? To podziękuj. I zrób następny krok. Jeden. Nie puszczaj się biegiem - jeden krok. To jest wiara."

268 STRON
1,5cm GRUBOŚCI

Współpraca

Jestem otwarta na współpracę z wydawnictwami/księgarniami/portalami literackimi.

Kontakt: nieelegancka94@gmail.com

Zrecenzowane

  1. Tak sobie myślę... Jerzy Stuhr
  2. Zaginiony symbol Dan Brown 
  3. Zdążyć przed Panem Bogiem Hanna Krall 
  4. Dzienniki gwiazdowe Stanisław Lem 
  5. W stronę architektury Le Corbusier 
  6. Diuna, Frank Herbert 
  7. Opowieści grozy wuja Mortimera, Chris Priestley 
  8. Szkoła Strachu, Gitty Daneshvari 
  9. Czekolada, Joanne Harris 
  10. Oko Jelenia. Droga do Nidaros, Andrzej Pilipiuk 
  11. W głębi lasu, Harlan Coben
  12. Gra anioła, C. R. Zafon 
  13. Wyznania gejszy, A. Golden 
  14. Życie Pi, Y. Martel 
  15. Nie kończąca się historia, M. Ende
  16. Książę Mgły, C. R. Zafon
  17. Ania z Zielonego Wzgórza, L. M. Montgomery
  18. Ania z Avonlea, L. M. Montgomery
  19. Zimny jak lód, A. Stuart
  20. Sprzedawca broni, H. Laurie
  21. Tylko jedno spojrzenie, H. Coben
  22. Jak zostałem premierem. Rozmowy pełne Moralnego Niepokoju, M. Cieślik, R. Górski
  23. Wywiad z wampirem, A. Rice
  24. Ötzi - klątwa człowieka lodu. 7 tajemniczych śmierci wokół mumii sprzed 5300 lat. Śledztwo, G. Benhamou, J. Sabroux