środa, 17 lipca 2013

"Ania z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montgomery

Siedziała tam, czekając na kogoś lub coś, a ponieważ siedzenie i czekanie były w tej chwili jej jedynym zajęciem, siedziała i czekała ze wszystkich sił.

Oj naczekała się na mnie ta Ania Shirley... Jestem chyba jedyną osobą na świecie, która musiała dorosnąć do Ani...

Zastanawiam się, czy istnieją jeszcze ludzie, którzy nie znają Ani. Nie chodzi mi tu o takich, którzy nie czytali, ale o takich, którzy nawet nie słyszeli. Wątpię w ich istnienie. No, ale co do kultowości Ani z Zielonego Wzgórza chyba nikogo uświadamiać nie muszę.

Zawsze omijałam tę lekturę (chcąc nie chcąc również szkolną). Nie miałam najmniejszej ochoty na spędzenie choćby chwili w świecie rudej, przeraźliwie gadatliwiej dziewczynki, która przecież mogła mi tylko grać na nerwach. Wolałam sobie tego oszczędzić i nawet, gdy dostałam w prezencie Anię... musiała odleżeć swoje lata na półce. Wczoraj - w przypływie dziwnego natchnienia sięgnęłam po książkę, a ta bardzo szybko mnie wprost oczarowała.

Jest we mnie dużo różnych Ani. Czasem myślę, że to właśnie dlatego jest ze mną tyle kłopotów. Gdybym była tylko jedną Anią, byłoby znacznie wygodniej, ale wtedy nie byłoby ani trochę tak ciekawie. 

Gadatliwa Ania - ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, - bardzo szybko zyskała sobie moją sympatię. Sposób wypowiadania się dziewczynki, łatwość wyrażania uczuć... Muszę przyznać, że są w niej takie cechy - takie Anie,- które chętnie bym od niej pożyczyła.

Szczerze mówiąc nie mam pojęcia co napisać o tym utworze. Nie dostrzegam w nim praktycznie żadnych wad. Same zalety? Co ja mówię? Naprawdę? Czy to w ogóle możliwe?...
Hm... Ania... nie jest dla mnie jakimś szczególnym arcydziełem, jednak oceniając ją w kategoriach miłej, lekkiej lektury - z nutą humoru, nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia.

Płacimy bowiem cenę za wszystko, co dostajemy lub bierzemy na tym świecie i chociaż warto mieć ambicje, nie są one tanie. Zawsze egzekwują swą należność pracy i samozaparcia, niepokoju i zniechęcenia.

Paradoksalnie czytając Anię... często jednak miałam wrażenie, że wychodzi ona poza zwykłą opowieść dziecięcą/młodzieżową. Napotykałam na wiele zdań, które skłaniały mnie do refleksji, które coś mi uświadamiały. Dlatego też Ania... już teraz - kilka godzin po zakończeniu lektury - jest mi bardzo bliska i, gdybym miała taką możliwość, od razu sięgnęłabym po kolejny tom.

Jestem zupełnie szczęśliwa... pomimo moich rudych włosów. Teraz właśnie jestem wyższa ponad rude włosy.

____
A, jako że wakacje w pełni (i ja, gdy to czytacie, wyleguję się na - mam nadzieję słonecznej - plaży) życzę wam, abyście mogli sobie pozwolić na takie wakacyjne motto:

Czuje się zmęczona wszystkim, co rozsądne i tego lata całkowicie dam się ponieść wyobraźni.



245 STRON
1,1cm GRUBOŚCI

sobota, 13 lipca 2013

"Książę Mgły" Carlos Ruiz Zafon

Kryzys czytelniczy dopada czasami każdego z nas... Ale czy może być na niego lepsze lekarstwo niż lektura powieści Zafona? Jako, że od niedawna jestem posiadaczką trzech pierwszych utworów tego autora, postanowiłam się wreszcie o tym przekonać...

Pewne obrazy z dzieciństwa zostają w albumie pamięci wyryte niczym fotografie, niczym sceneria, do której człowiek zawsze wraca pamięcią, choćby upłynęło nie wiadomo jak wiele czasu.

Już na wstępie (z noty/listu od autora) dowiaduję się, że pierwsze tytuły Zafona zostały przyporządkowana do literatury młodzieżowej. Lekko zszokowała mnie ta informacja. C. R. Zafon, który słowem potrafi malować obrazy, tworzący dla nastolatków? Było to dla mnie niepojęte...
Jednak teraz, po lekturze Księcia Mgły, rozumiem.

Ale błędem, poważnym błędem, jest wiara w to, że można ziścić swoje marzenia, nie dając nic w zamian. Nie wydaje ci się? Powiedzmy, że nie byłoby to sprawiedliwe.

Książę Mgły jest pierwszą powieścią autora i doskonałym przykładem na to, że nikt z nas nie rodzi się ideałem. Nad swoimi umiejętnościami trzeba pracować, a praktyka czyni mistrza.
Gdybym czytała tę książkę nie znając autora nigdy nie domyśliłabym się, że jest nim właśnie Zafon.
W jego późniejszych powieściach bardzo wyraźnie odczuwalny jest klimat. Wystarczy przeczytać kilka zdań, aby przenieść się do tajemniczej Barcelony i w niej utonąć. Bardzo mi tego brakowało w Księciu Mgły.
Autor podąża przetartymi szlakami, opisując miejsca, zjawiska... w sposób bardzo przeciętny, a opisy te, dodatkowo, często się powtarzają.
Sama fabuła książki nie jest niczym zaskakującym. Już od pierwszych stron dobrze wiadomo, co się wydarzy dalej. Autor opowiada nam o przygodzie trójki nastoletnich bohaterów, którzy znajdują się w miejscu napiętnowanym obecnością tajemniczego maga Kaina/Księcia Mgły. Na przestrzeni kilku dni rozgrywa się akcja pełna niebezpieczeństw i magii...

Nienawidzę krytykować czegoś, czego sama nie potrafię zrobić lepiej, jednak ta książka w moich oczach maluje się bardzo przeciętnie i żeby udzielić wam mojej subiektywnej oceny nie mam innego wyjścia.

Tylko tyle. I aż tyle.

Mimo braku rewelacji, mimo że wiele rzeczy mnie irytowało w tej powieści (jak choćby fakt, że autor notorycznie nazywał wszystkich dorosłych bohaterów z imienia i nazwiska, a dwoje z nich nazywało się tak samo), ma ona również swoje dobre strony.
Najmocniejszą z nich jest zakończenie. Całe szczęście historia nie skończyła się tak, jak się tego obawiałam. Nie zmienia to faktu, że zbyt wielkich zaskoczeń nie było, jednak tę część powieści uważam za naprawdę udaną.
Podobała mi się również postać nastoletniej Alicji i niektóre sceny - o których jednak pisać nie będę żeby uniknąć spoilerów.

Każdy z nas musi nauczyć się podążać samotnie tą drogą do końca, prosząc Boga, by nie pozwolił mu z niej zboczyć. Gdybyśmy byli zdolni zrozumieć tę prostą prawdę już na początku życia, nie musielibyśmy przeżywać wielu niedoli i nieszczęść tego świata. Ale, i jest to jeden z największych paradoksów, dostępujemy tej łaski dopiero wtedy, gdy jest już za późno.

Podsumowując polecam Księcia Mgły wszystkim w wieku ...-15, ale nie tylko. Jeśli szukacie czegoś, przy czym moglibyście odpocząć po intensywniejszej lekturze, czegoś, co pozwoli wam zażegnać kryzys czytelniczy lub krótkiej powieści na podróż (bo przecież są wakacje...), to ta chwila spędzona nieopodal wraku statku Orfeusz nie będzie chwilą straconą.

Podczas ulewnych deszczy zawsze miał wrażenie, że czas staje w miejscu. Jakby następowało zawieszenie, swego rodzaju antrakt, podczas którego można było spokojnie odłożyć to, co się akurat robiło, by po prostu stanąć przy oknie i całymi godzinami patrzeć ze zdziwieniem na ten spektakl opadającej bez końca kurtyny łez.


222 STRON
0,9cm GRUBOŚCI