wtorek, 13 sierpnia 2013

"Zimny jak lód" Anne Stuart

Zapewne nigdy bym nie sięgnęła po tą pozycję, gdyby nie stosik dostarczony mi przez dobrą znajomą, ale nawet zaczynając czytać nie wiedziałam do końca w co się pakuję...

Każda śmierć, nawet najbardziej usprawiedliwiona i zasłużona, odciskała trwały ślad na psychice. Śmierć człowieka niewinnego była rzeczą nieporównywalnie gorszą do zniesienia.

Zimny jak lód opowiada o Genevieve Spenser, przeciętnej pracownicy znanej kancelarii prawniczej, która (najprościej w świecie) znalazła się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Miało to być ostatnie drobne zadanie przed wyjazdem na wymarzony urlop, jednak zamieniło się w sytuację zagrożenia życia. Szybko okazuje się, że na jachcie, akurat tego dnia, zorganizowana grupa walcząca ze złem tego świata zaplanowała akcję pozbycia się niebezpiecznego milionera Harrego Van Dorna.
Bardzo szybko Genevieve staje się przeszkodą w realizacji zadania; przeszkodą, której niezwłocznie trzeba się pozbyć.
Peter Jensen - tajny agent kierujący akcją - musi zdecydować czy ważniejsze jest dla niego życie prawniczki, czy powodzenie akcji...

Szczerze mówiąc nie wiem czy mogę wam zdradzić ten mały sekret... ale wiecie... Bo Peter oczywiście jest niesamowicie pociągającym i powalająco przystojnym brunetem o niebieskich oczach zimnych jak lód... Myślę, że możecie sobie wyobrazić dalszy ciąg.

Serce to najbardziej niebezpieczny doradca, jakiego można sobie wyobrazić.

Dawno... Bardzo dawno... Naprawdę bardzo dawno nie czytałam żadnego romansu i nie miałam zamiaru czytać. Być może właśnie dlatego zmniejszyła się moja czujność, a zwiększyła naiwność, bo nie spodziewałam się tego tutaj - podczas, gdy moja siostra rozgryzła to od razu: co czytasz?... aa to jakiś romans? 

Nigdy nie rzucaj się na faceta, zwłaszcza na niebezpiecznego.

Mimo że moja faza na romanse, przeminęła kilka ładnych lat temu i nie przepadam aktualnie za tym gatunkiem to muszę przyznać, że były takie momenty w Zimnym jak lód, że całkiem dobrze się bawiłam i miło spędzałam czas przy lekturze. Szkoda tylko, że tych chwil było tak mało.

Główna bohaterka niezwykle irytowała mnie swoją głupotą. Niektórych jej zachowań nie potrafię pojąć do dziś...
Oczywiście plusem jest postać Petera, który czaruje i zniewala swoim wyglądem, zachowaniem, bezpośredniością... I sami możecie sprawdzić, czym jeszcze, jeśli was to ciekawi.

Nie bał się pistoletu ani noża, nie bał się niepewności, jaką niosło ze sobą jego pełne ryzyka życie. Bał się związku, bliskości, od których nie będzie już ucieczki.

Książka Anne Stuart jest bardzo przeciętna. Zakończenie oczywiście nie jest niczym zaskakującym i cała fabuła idealnie dopasowuje się do znanego nam wszystkim klucza.
Moim zdaniem może to być dobra pozycja po przeczytaniu cięższej, bardziej wymagającej lektury, żeby zregenerować szare komórki, jednak, jak dla mnie, męcząca swoją przewidywalnością.

Zadawanie i znoszenie bólu to jedna z najbardziej tajemniczych rzeczy w życiu.

Było to moje pierwsze spotkanie z romansem w kryminale i... podejrzewam, że ostatnie. Chociaż któż to wie, co kryje się jeszcze w zapożyczonym stosiku? ^^

352 STRON
2,1cm GRUBOŚCI

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

"Ania z Avonlea" Lucy Maud Montgomery

Wszyscy popełniamy błędy. Powinniśmy ich żałować i uczyć się na nich, lecz nie wlec ich za sobą w przyszłość...

Tak też postanowiłam zrobić i nie zwlekać z lekturą Ani z Avonlea tak jak z Anią z Zielonego Wzgórza.

Ilekroć oczekuje się czegoś przyjemnego, spotyka się mniejsze lub większe rozczarowanie... Oczekiwania zawsze zawodzą.

Ale nie tym razem. Kolejna część Ani... jest kontynuacją klasy, jakiej autorka dała nam posmakować w pierwszym tomie. Ania wkracza w dorosłe życie i musi stawić czoła czekającym na nią wyzwaniom. Mimo że w książce spotykamy się ze znacznie bardziej rozważną i opanowaną Anią i nie brak jej świeżości, szaleństwa oraz ciekawych przygód większą sympatią pałałam chyba jednak do Ani z początku historii. Dobrze jednak wiem, że gdyby i w tym tomie miała ona zachować wszystkie swoje cechy książka wiele by straciła i pewnie - paradoksalnie - nie podobałaby mi się tak bardzo. Cóż, każdy z nas dorastając zmienia się i Ania nie jest wyjątkiem.

Na tym świecie trzeba spodziewać się dobra, być przygotowanym na zło, a przyjmować, co Pan Bóg da.

W Ani z Avonlea bardzo spodobały mi się nowe postacie, a szczególnie sąsiad - Pan Harris. Mimo że początkowo wydawał się budzić raczej negatywne uczucia okazuje się tak sympatycznym i wyjątkowym bohaterem, że nie sposób go nie lubić.
Troszeczkę irytowały mnie bliźniaki, jednak i do nich koniec końców udało mi się zapałać sympatią.

"Niski cel, nie zaś niepowodzenie jest przestępstwem". Musimy dążyć do ideału, choćbyśmy nigdy nie mieli go dosięgnąć. Życie bez ideału byłoby marną wegetacją, z nim zaś jest piękne i wyniosłe.

Tak, więc jeśli Ania zyskała waszą symapatię z czystym sercem polecam wam kolejną część (chociaż jestem pewna, że wiele z was ma już cały cykl za sobą...), gdyż w przypadku Ani... nie jest on nudną, wymuszoną kontynuacją, ale udanym rozwinięciem, które dorównuje pierwszemu tomowi.

Może mimo wszystko miłość nie zawsze zjawia się w życiu jak wspaniały rycerz poprzedzony fanfarami, otoczony przepychem?... Może zbliża się bezgłośnie i skromnie jak stary przyjaciel? Może ma pozory prozy, dopóki jakaś fala blasków, prześwietlająca nagle jej karty, nie wydobędzie z nich na jaw ukrytych rymów i melodii?... Może... może miłość wykwita po prostu z serdecznej przyjaźni jak złocista róża z zielonego pąka?...



320 STRON
2,3cm GRUBOŚCI


___
Witajcie, po dość długiej nieobecności! Wakacje rządzą się swoimi prawami i chociaż nadrabiałam czytanie, nie miałam dostępu do Internetu i, tym samym, do bloga, przez co mam ogromne zaległości, które jednak mam nadzieję szybko nadrobić.
Pozdrawiam i mam nadzieję, że wasze wakacje są co najmniej tak samo udane jak moje ;)